Dolnośląski fiord ;-)

with Brak komentarzy

Dawny kamieniołom w Głuszycy Górnej, całkiem blisko stąd i do Wałbrzycha, i do granicy z Czechami…
Przystanek podczas niedzielnej trasy z Kotliny Kłodzkiej do Jeleniej Góry. Upalne przedpołudnie, kościoły pełne miejscowej i przyjezdnej ludności, bo to czas Pierwszych Komunii Świętych. Wbici w wyjściowe garnitury lokalesi stoją w rządku na przeciwko świątyni, pod płotem po drugiej stronie jezdni – palą z rezygnacją papierosy i czekają końca tej przydługiej liturgii. Będzie można wreszcie odwieźć smarkaczy na obiad do lokalu i strzelić zimne piwko. Nawet lokalny patrol policji dziś chyba w podwójnej roli – puste auto zaparkowane pod murem kościoła…
Kogo tu zapytać o drogę do kamieniołomu? Jadę na chybił-trafił gdzieś w bok i natykam się na miejscowego „autostopowicza”, który prosi o podwiezienie kawałek w stronę Łomnicy i tym samym naprowadza mnie na właściwą trasę. Dalej cały czas pod górę wąziutką asfaltową drogą, z mnóstwem betonowych progów zwalniających, od których podzwaniają zęby i jęczy zawieszenie w aucie.
Podobno kiedyś na to zbocze prowadziła linia kolejki wąskotorowej obsługująca urobek kamieniołomu. Po całym przedsiębiorstwie pozostały gdzieniegdzie resztki gruzu budowlanego i fragment konstrukcji żelbetowej (widoczny na ostatnim zdjęciu). Wyrobisko zostało zalane wodą, a reszty dokonał czas i Natura.
Dojeżdżam do czegoś w rodzaju polanki – parkingu. Zza drzew wyłania się wysoka, prawie pionowa skała i niewielki zbiornik wodny pod nią. Na brzegu widzę rozbity namiot i młodego człowieka palącego w zadumie papierosa. Pozdrawiam go i robię kilka zdjęć. Woda ma niezwykły, zielono-malachitowy odcień. Wydobywano tu melafir. W pobliskiej Rybnicy jest czynna kopalnia melafiru i niektóre wyrobiska też wypełnione są wodą w takim niezwykłym odcieniu.
-Na zdjęciach wydawał się większy… – daję upust lekkiemu rozczarowaniu.
-Niech pani wejdzie wyżej, tam jest droga, z góry widać lepiej. Za tymi skałami jest druga, większa część wody – odparł chłopak.
Od słowa do słowa, dowiaduję się, że młodzian czeka na kolegów, którzy idą tu pieszo z miasteczka – wczoraj kumpel miał osiemnaste urodziny i zrobili tu sobie małą imprezę. Jubilat odsypia noc w namiocie, niedługo dotrą posiłki. Pytam, czy woda jest tu głęboka.
-No, pośrodku to nawet kilkanaście metrów. Bardzo głęboko, ale pływają tu czasem. Wczoraj wieczorem przyszło tu dwóch napitych, ledwie trzymali się na nogach, ale do wody wleźli – opowiada chłopak.
Idę do góry wzdłuż dawnej drogi prowadzącej do szczytu eksploatowanej ściany. Po kilku minutach ścieżka skręca i otwiera się przede mną wspaniała przestrzeń – jak oddech pełną piersią, jak wypełniona złotym światłem kula osadzona na ciemnozielonym kielichu zieleni, wody i skał. Odległy horyzont zamyka niczym wygasły wulkan sylwetka jakiejś lokalnej góry. Po prawej stronie z pionowego zbocza skalnego sączy się strumyk, z szemraniem rozpryskując się kilka metrów niżej i niknąc w tafli wody. Nie da się za pomocą zdjęć oddać tej głębi, różnicy w przestrzeni.
Z wrażenia przysiadam, jakby moja głowa razem z przyklejonym do oka aparatem wydawała się za ciężka i miała mnie pociągnąć za sobą w przepaść.
Zastanawiam, się, jak to w końcu jest z tą materią we Wszechświecie – pewne energie przybierają takie a nie inne formy i gęstości, odbierane przez nasze zmysły jako coś wysokiego, płaskiego, miękkiego lub twardego, zimnego lub ciepłego. Skąd moje ciało przeczuwa tę przestrzeń i strukturę – i skąd ma obawy przed bliskim kontaktem z taką formą materii…
Południowe słońce nie daje wytchnienia, rzuca ostre cienie. Powinno się tu przyjechać w październiku, przed zachodem słońca. Byłby to zapewne dużo bardziej interesujący plener do zdjęć. Może następnym razem…

Leave a Reply