Jest takie wyjątkowe miejsce…

with 2 komentarze

Wąska brukowana uliczka ciągnąca się wysokim brzegiem Wisły nie jest na tyle atrakcyjna i wygodna, by stać się uczęszczanym deptakiem. Znajdziecie tu głównie urokliwe domki z ogródkami, gościnne kwatery. Jednak w niewielkiej odległości od Rynku dojść można do niskiego parkanu z kaziemierskiego piaskowca, nad którym zwieszają się olbrzymie gałęzie orzecha. Ręcznie malowana ceramiczna płytka wskazuje, ze tu właśnie jest numer 6, a do wnętrza zaprasza gościnnie uchylona brama z kutego żelaza, zdobna w szkarłatne uchwyty.
Niezależnie od tego, jak zmienia się współczesny wizerunek Kazimierza Dolnego, jest kilka miejsc i spraw, które – na szczęście – wydają się trwać niezmienne
i nie zmienione, poza drobną kosmetyką, dodaniem szczegółów formy czy treści. Wrażenie powrotu do miejsca wyjątkowego niesie poczucie ulgi i spełnienia.
Zdaję sobie sprawę, że jestem jedną z wielu, wielu osób, które nie wyobrażają sobie wizyty w Miasteczku bez popołudniowej herbaty „U Dziwisza”.
Wierzcie mi – to nie jest kwestia wyjątkowego smaku którejś z magicznych herbacianych mieszanek. Przede wszystkim liczy się, jak jest podana i w jakim otoczeniu
przyjdzie nam się nią delektować.
Należy odczuwać w sobie tę szczególną temperaturę wrażliwości, pozwalającą docenić bezpretensjonalny wdzięk tego miejsca, gdzie czas przeszły odnajdujemy w każdym kącie – liryczne frazy ułożone z kształtów starych mebli, złoconych ram obrazów, zamknięte w lśnieniu starej porcelany, zaśniedziałego srebra, synkopowane z rzadka nowoczesnymi detalami…
Kilkanaście lat temu herbaciarnia była małym, przysadzistym domkiem z ogródkiem obrośniętym winobluszczem. Znalazłam ją w bocznej uliczce, wracając w długiego spaceru. Był środek tygodnia, Miasteczko prezentowało sobą senny majowy spokój, ogródek świecił pustkami. Wtedy jeszcze nie znałam takich miejsc, gdzie każdy stolik, każde krzesło, każda filiżanka są z innej parafii, a jednocześnie tworzą przedziwnie harmonijną całość – nostalgiczną i przenoszącą w nieco inny świat.
Usiadłam przy maleńkim okrągłym stoliku nakrytym aksamitną narzutą, zamówiłam herbatę Czerwona Pomarańcza (spodobała mi się emanująca energią kolorów nazwa)
i odtąd nie przestawałam się dziwić i rozkoszować każdym detalem tego zachwycającego miejsca. Jakże rozczulająca wydała mi się wtedy dbałość o dobre zaparzenie herbaty, podanej w imbryczku – każdy imbryk przykryty kolorowym kapturkiem dla utrzymania ciepła, a każdy kapturek z innej tkaniny. Były pikowane „bizantyjskie”, i ludowe, i nawet włóczkowe jak barwna czapeczka dziecięca… Na każdym stoliku inna cukiernica, a w niej brązowe kryształy cukru trzcinowego. To U Dziwisza pierwszy raz podano mi
do herbaty plastry pomarańczy, zamiast cytryny – co za odświeżający smak! Do dziś zimą lubię wkroić do kubka świeżo zaparzonej pu-erh gruby plaster pachnący świętami…
Magia podania zwykłej-niezwykłej herbaty sprawiła, że zapragnęłam wracać tu jak najczęściej. Po kilku latach zaskoczyła mnie… zmiana lokalizacji herbaciarni. Ta sama uliczka, tylko kilkanaście numerów wcześniej, bliżej Rynku. Nowy dom, przykryty ciężkim spadem dachu, nie zrobił zrazu na mnie pozytywnego wrażenia. Gdzie mu do małej kazimierskiej chatki z bielonymi ścianami…
Ale wstąpiłam, oczywiście, po nowych drewnianych schodach na Czerwoną Pomarańczę, i dałam się porwać czarowi tego nowego-starego wnętrza, które trwa niezmiennie
od lat, wpisane na stałe w pejzaż kazimierskich szlaków gastronomicznych, obrastając po trochu kolejnymi meblami, bibelotami i kaskadami winobluszczu.
Dopiero tego roku, goszcząc „U Dziwisza” po raz pierwszy, odkąd się przeprowadziłam na wieś, zwróciłam uwagę, jak wiele detali tego wnętrza stało się dla mnie inspiracją
we własnym domu. Jeśli nawet nie miałam możliwości zrealizować pomysłu zaczerpniętego z Kazimierza, to on tam we mnie tkwi i co jakiś czas przypomina się – z różnym natężeniem.
Nie potrafię należycie oddać słowami nastroju, jaki ogarnia gościa w tym przytulnym, przemyślanym wnętrzu, gdzie każdy stolik i każda filiżanka są wciąż inne, choć znalazły się w nobilitującym towarzystwie staroświeckich kanapek i foteli, srebrnych cukiernic i lichtarzy. Chyba to trochę tak, jakby odwiedzić salon babci-artystki… Można umościć się wygodnie na pluszowej kanapie albo zapaść się w przyjazne poduszki fotela, wybrawszy uprzednio do przejrzenia któryś z licznych albumów i tomików piętrzących się
na półkach lub wprost na podłodze. Można kontemplować liczne obrazy wiszące na ścianach. Za chwilę wjeżdża na stół aromatyczna herbata i talerzyk z ciastem. Jakież to krzepiące – zawsze odnaleźć tu swoje ulubione ciasto, niezależnie, czy będzie to piętrzący się na ladzie piszinger, czy tort czekoladowy z brandy, ciasto makowe czy kruche ze śliwką. Każde jest wyjątkowe i takie… wykwintnie domowe, bez zapachu cukierni. W cukiernicach zawsze jest gruby brązowy cukier, a do espresso zawsze szklaneczka wody. Tylko kapturki oraz imbryczki trochę się ujednoliciły, ale to szczegół bez znaczenia.
Nie uświadczy się tu radiowego łomotu na fali reklam – z głośników nieodmiennie płynie klasyka, subtelnie wplatając się w szmer rozmów, umiejętnie wypełniając ciszę. Mozart, Chopin, muzyka chóralna czy Piaf – wszystko tu splata się w harmonijną całość z otoczeniem. Całości dopełniają kwiaty – całe ich pęki w wazach, wazonach, butelkach, wiadrach, konewkach. Orgia kolorów, kształtów, zapachów… Zdarza się, że przypadkowy klient odstawi olbrzymią wazę z kwieciem na podłogę lub inny stolik, bo nie ma miejsca na rozłożenie na blacie własnych łokci, albo – o zgrozo – położy brudne nogi w klapkach na drugim fotelu (bo przecież czuje się jak w domu, nie?). Na szczęście większość gości trwa na swych miejscach z błogim wyrazem twarzy bądź zatapia się w smakowitej lekturze Miłosza na przykład. W powietrzu unosi się delikatny aromat lilii
i szarlotki z cynamonem, popołudniowe promienie słońca zapalają blaski w kryształowych łezkach świeczników, podsycają ognisty szkarłat mieczyków, rozpostartych szeroko na stosie książek, rzucają tajemnicze półcienie na ściany. Przy barze mnóstwo zaskakujących bibelotów, w kąciku kolonialnym na półkach, w zielonych puszkach drzemią herbaty z całego świata, w pękatych słoikach pysznią się cukierki i kandyzowane łakocie. W ogródku buszują dzieci, pomiędzy jednym a drugim kęsem sernika z bitą śmietaną głaszcząc leniwe czarne kocisko z oczami jak agrest… Wstąpisz?

det

2 Responses

  1. Max2
    | Odpowiedz

    Zapraszasz? Chętnie napiłabym się tam dobrej herbatki i zjadła kawałek ciasta. Pobawiłabym się też z kotem. Ta herbaciarnia wydaje się być bardzo przytulna.

    • basik
      | Odpowiedz

      Aniu,przepięknie pokazałaś zdjęciami niepowtarzalny klimat herbaciarni,którym delektowaliście się.To co magiczne wychwycisz słowami.Cieplutko pozdrawiamy.

Leave a Reply