Dzień w Miasteczku

with 1 komentarz

Mówią, że do Kazimierza się nie jeździ. Tam się po prostu wraca.
Wróciłam do Miasteczka… który to już będzie?… siódmy czy ósmy raz. Przez cztery lata zaszło trochę zmian, chyba najwięcej, odkąd tam bywam. Trudno oceniać, czy na lepsze, czy na gorsze. Dla zabytków i dróg z pewnością dobrze, bo za pieniądze z dotacji unijnych wreszcie można było zacząć gruntowne remonty. Ale czy wypucowane do białości
i odbudowywane z nowego piaskowca mury zamku są w stanie przywołać na myśl nocne wyprawy kolonii artystów do ruin? Czy dawna synagoga, w której urządzono salkę muzealną i pokoje gościnne będzie wspomnieniem płomiennych modlitw zanoszonych w śpiewnym hebrajskim języku? Czy nowe szaty kazimierskiej fary, która zaczyna przypominać tort bezowy z tandetnie błękitnym lukrem, kojarzyć się będą z wieczornymi nabożeństwami z udziałem miasteczkowych notabli, z muzyką organów – nie tylko
dla wiernych, ale tą z ciszy pustego kościoła i z potrzeby duszy płynącą… Tak tu grywał w swej burzliwej młodości tata Kazika Staszewskiego i na cześć tego wyjątkowego miasteczka nazwał syna Kazimierz.
Dla tych, którzy cenią sobie senny spokój ciasnych uliczek i przechadzki w poszukiwaniu przedwojennej atmosfery Kazimierza Marii Kuncewiczowej, środek sezonu letniego
nie jest najlepszą porą na wizytę. Niemniej jednak warto się wtedy skupić na wydarzeniach artystycznych -choćby festiwalu muzyki klezmerskiej albo filmowym.
Zawsze takim dziaŁaniom towarzyszą mniejsze lub większe, zorganizowane lub spontaniczne imprezy towarzyszące: wernisaże, warsztaty i koncert, biesiady w Rynku
ze śpiewami do białego rana.
Ledwie słońce przypudruje białe pukle obłoczków różanym blaskiem wschodu, a kazimierskie koguty dumnie wypinając pierzaste klaty zaintonują „Radość o poranku”, zasypiających błogo imprezowiczów budzą hałasy z rozstawianych na Rynku straganów. Dzień targowy w Miasteczku. Aż się prosi o zacytowanie obszernego fragmentu wspomnień pani Ludmiły Szczepkowskiej, publikowanych w Brulionie Kazimierskim kilka lat temu:
„W lecie „na Rynek” szło się bardzo wcześnie, bo wtedy wybór był największy. Wprawdzie pod koniec ceny spadały, ale też świeżość towaru robiła to samo. Podchodziło się do sprzedawców owoców i bacznie oglądając zawartość skrzynek i koszyków zastanawiało, czyj sad obrodził tym przysmakiem. Gospodynie domowe godzinami krążyły pomiędzy straganami, koszykami i skrzynkami. Nim dokonały wyboru ważyły w dłoniach główki kapusty, zaglądały między liście czy nie ma gąsienic; macały pomidory sprawdzając ich twardość, dmuchały kurom pod ogon. Próbując sera lub masła zamykały oczy, aby najważniejszy w tym momencie zmysł — smak zdołał wykryć najmniejszą nutkę goryczy. Masło było sprzedawane w osełkach zawiniętych w liście chrzanu lub kapusty. Sprzedające wyłuskiwały sery z płóciennych, trójkątnych woreczków wprost na talerz klienta. Obok masła i sera stało mleko w butelkach o różnej pojemności zatkanych ciasno zwiniętym papierkiem lub szmatką. Zmęczone upałem kury i kaczki z powiązanymi łapami leżały na bruku i z rezygnacją patrzyły na mijające je nogi. Czasami jakiej nieboraczce udało się wyzwolić z pęt. Uciekała
z krzykiem przeskakując i przefruwając ponad straganami, przeciskając pomiędzy skrzynkami i koszami, wpadała pod wozy aby wybiec z drugiej strony. Zaczynało się polowanie. Ci z tyłu biegli slalomem omijając przeszkody, ci z przodu rozkładali ręce i szeroko rozstawiali nogi i z wybałuszonymi oczami wpatrywali się w nadbiegającego ptaka. W końcu ktoś desperackim skokiem rzucał się na zwierzę i bohatersko przyciskał je do bruku. Dla nas najatrakcyjniejszą osobą na targu był lodziarz z białym, drewnianym pudłem zawieszonym na brzuchu ozdobionym (pudło nie brzuch) krzywym napisem — LODY. Po złożeniu zamówienia lodziarz podnosił okrągła przykrywkę i w czeluściach naczynia zanurzał zwykłą łyżkę do zupy, która pełna smakowitej, zimnej masy lądowała na płaskim wafelku. Ten zostawał przykryty drugim bliźniaczym i cały ten komplet wędrował do rąk szczęśliwca i bogacza, bo taka porcja kosztowała złotówkę.”

Cóż… Czasy się zmieniają, na Rynku zamiast wozów – furgonetki, zamiast drewnianych stołów – plastikowe namioty. Nie ma już drobiu i wiejskiego nabiału, ale ciągle jeszcze można kupić bukiet kwiatów z wiejskiego ogródka, koszyczek malin albo kremowożółte papierówki.
Papierówki… smak i zapach z dzieciństwa, odnaleziony przypadkiem podczas spaceru kazimierskim wąwozem, w jakimś zapuszczonym starym sadzie – najlepiej smakują takie strząśnięte z drzewa, jeszcze ciepłe od sierpniowego słońca i tak cudownie, cierpko pachnące. Mhmmm….
Po tak obiecującym drugim śniadaniu i opłukaniu pod studnią stóp zakurzonych na lessowych ścieżkach, można pobuszować w książkowym outlecie. Tak, tak – kiedyś były antykwariaty, dziś są outlety z końcówkami serii wydawniczych i słabo sprzedającymi się albumami. Tym przyjemniej wyszukać jakąś perełkę za 9,90…
Czas na lody w Ambrozji. W czasach lodziarskich sieciówek i masowej produkcji zachodnich koncernów napis przy ladzie: „produkcja własna” budzi lekkie zdziwienie
i wahanie. Ba, nasuwa się zapamiętany z dzieciństwa obraz lodów z beczki serwowanych łyżką na wiejskich odpustach. Miłe zaskoczenie – lody są pyszne, kremowe,
bez grudek lodu, za to z prawdziwymi owocami i czekoladą…
Upalne południe warto przeczekać pod kawiarnianym parasolem, przy mrożonej kawie – albo uciąć sobie pokrzepiającą drzemkę w wynajętym pokoju. Rytm dnia letniego
w Miasteczku przypomina trochę południe Europy: rano targ, w południe sjesta, wieczorem zabawa. Mówią, że tamtejszy klimat i krajobraz kojarzy się ludziom z Włochami.
Coś faktycznie jest w wypełnionym świetlistą, złotawą mgiełką powietrzu, a kaziemierskie ogródki kipią gąszczem kwiecia: różowy i purpurowy kosmos wystawia do słońca jedwabiste płatki, krzepkie cynie i pierzaste nagietki przycupnęły pod brodatymi głowami słoneczników, a ponad cały ten chaos wystrzeliły w niebo dostojne malwy o kielichach bladoróżowych i prawie czarnych…
Po południu rundka po miejscowych przybytkach sztuki kulinarnej. Dla każdego coś się znajdzie – i dla skromnego turysty, i dla wymagających i przyzwyczajonych do wysokiego poziomu (również cen) światowców. Większość gości szuka tu, poza dobrym jedzeniem, oryginalnego wnętrza i – co tu kryć – możliwości błyśnięcia własną oryginalnością, bądź okazji do przyjrzenia się odwiedzającym Miasteczko osobowościom i osobliwościom. Na werandzie Zielonej Tawerny, w ogródku Knajpy u Fryzjera – jak przed wojną
u Berensa. Przy starych drewnianych stołach coraz gwarniej. Brzęczą sztućce, podzwania szkło, w powietrzu unoszą się smakowite wonie i krzyżują taksujące spojrzenia. Wychudzone kolejną dietą warszawianki w średnim wieku skubią z niechęcią sałatę, popatrując z kamienną twarzą (bo od grymasów robią się zmarszczki) na radosne mamusiowate stworzenia pochłaniające tagliatelle w sosie kurkowym. Para młodych ludzi z podnieceniem przypatruje się każdej wchodzącej i wychodzącej osobie, dociekając, czy to ktoś znany (wszak trwa festiwal filmowy). Jegomość o twarzy nadciśnieniowca z błogą miną zapija karkówkę zimnym piwem. Kazimierz to miejsce świadomego przeżywania przyjemności, najwyraźniej nie tylko duchowych. Jak mawiała Flora z kuncewiczowskich Dwóch Księżyców – w mieście nie można zażyć szczęścia tak bogato…
Przed wieczorem amatorów pięknych widoków o zachodzie słońca czeka wysiłek wejścia po stromych schodach na Górę Krzyżową, piętrzącą się nad Kazimierzem kaskadą zielonych pnączy z koroną trzech drewnianych krzyży na szczycie. Z tej wysokości Miasteczko wydaje się być do ogarnięcia ramionami, jak małe dziecko w kołysce.
Stąd najlepiej widać to, o czym pisała Maria Kuncewiczowa, wracając po długiej wojennej nieobecności „do kotliny nad Wisłą, ulepionej z przedhistorycznego loessu, wyrzeźbionej niegdyś przez mieszczan w kształt renesansowych kamienic, do tej misy Kazimierskiej pełnej światła, drzew, kwiatów, i chłopskiego gnoju, której ścianami są pagórki, a ozdobą krzyże. Do ruin, gdzie straszy zakochany król i duch Estery szuka kości Chaima-przewoźnika, Moszka-tragarza, Szulima-dostawcy siedmioramiennych świeczników… Do rynku, gdzie na tarasie gospody oświetlonej księżycem artyści prowadzą dalej nieskończony dialog o sztuce przetwarzania świata na ludzką formę i treść.”
Tuż przed zachodem słońca robi się nieznaczny ruch przy kasie na szczycie wzgórza – bo za możliwość podziwiania całego tego bogactwa trzeba zapłacić złoty pięćdziesiąt. Każdy chce zrobić zdjęcie rodzinie z miesteczkiem i słońcem w tle jednocześnie, nikt ani myśli po skończonej sesji zejść innym z kadru. Od strony kasy sunie, kaszląc i sapiąc jak parowóz, korpulentny ojciec rodziny, po forsownym marszu na górę oczyszczając płuca z tytoniowej smoły. Za nim sunie w klapkach na koturnach małżonka oraz dwoje niemiłosiernie umazanych bita śmietaną dzieci z goframi w umorusanych łapkach. Obserwuję ich pierwszą reakcję na roztaczający się pejzaż. Kaszlący palacz szuka jakiejś ławki, nie zaszczyciwszy wiślanej panoramy ani jednym spojrzeniem. Kobieta omiotła okolicę obojętnym spojrzeniem bladoniebieskich oczu, dopiero przy grupce zgrabnych długowłosych dziewczyn mignęło coś nieprzyjemnego w jej wzroku. Popchnęła przodem swe pociechy, które w bladoniebieskich oczach miały identyczny wyraz obojętności.
Na twarzach dzieci odbiło się przykre rozczarowanie, że góra nie okazała się Disneylandem. Nawet nędznej karuzeli ani autek nie ma…
Zastanawiam się, jak to jest z tym zaszczepianiem wrażliwości na piękno świata – czy można nauczyć tego innych? Jak to możliwe, że nikomu z tych ludzi nawet nie błysnęło w oku w obliczu wspaniałego wieczornego spektaklu?
Może każdy powinien razem z biletem wstępu dostawać karteczkę ze stosownym cytatem z Kuncewiczowej:
„Berberysy chwytały za suknie, pachniało teraz macierzanką. Im wyżej wchodzili, tym rzeka odsłaniała się dalej. Niebawem mogli już ją widzieć aż po trzeci, szeroki, srebrny zakręt. Stanęli na szczycie wzgórza. Szczerbaty zamek jaśniał opodal, jak by cały był z próchna. W dole czerniało miasteczko.Oni usiedli pod jednym z trzech ogromnych krzyży. Mena oparła rudowłosą głowę o drewno, niczym Magdalena. (…) Po rzece chodził srebrny dreszcz, po niebie – obłoki. Każda rzecz odmieniała się ciągle. Dach fary raz wyglądał jak ze szkła, raz jak z aksamitu. Miasteczko drzemało wśród swojej zacisznej kotliny, to znów szczerzyło renesansowe attyk w przytomnym i nieprzyjaznym uśmiechu. Mena odezwała się:
– Księżyc był czerwony, kiedy tamci ludzie szli spać… Teraz jest biały. Zupełnie inny. Czy też tamci ludzie wiedzą, jak wygląda biały księżyc?
Jeremi odpowiedział:
– Może w ogóle są dwa księżyce… Jeden dla tamtych ludzi, drugi – tylko dla nas.”

W Kazimierzu na początku sierpnia była właśnie pełnia. Widziałam obydwa księżyce – i czerwony, i biały…

One Response

  1. Max2
    | Odpowiedz

    Miasteczko ma swój urok. Lubisz tam wracać, prawda?

Leave a Reply to Max2 Anuluj pisanie odpowiedzi