Wspomnienie z Riviery

with 2 komentarze

Nie, nie pojechałam do Prowansji w poszukiwaniu słońca – choć bardzo bym sobie tego życzyła.
Dom na zdjęciach to nie willa z okolic Aix, choć wygląda jak mas żywcem wyjęty z książek Petera Mayle’a czy Elizabeth Adler.
Jak się okazuje, i na dalekiej, zimnej północy Polski można spotkać pozostałości marzeń ludzi z przeszłego świata – świata Prousta, klas uprzywilejowanych, zimowych sezonów spędzanych w Biarritz albo w Nicei, włoskich wakacji i francuskiej cuisine.
Najwyraźniej pewien Prusak, oczarowany południem Europy, postanowił na swojej ziemi, rozciągniętej gdzieś na północnych rubieżach regionu, który od od pokoleń zamieszkiwali Kaszubi, wybudować dwór przywodzący na myśl wakacje na Rivierze. Wystarczyło prostokątną, zwartą bryłę nakryć ceglastą dachówką, zwieńczyć półkoliście wysokie okna parteru, a te na piętrze wyposażyć w zewnętrzne okiennice żaluzjowe. Do tego wiecznie zielony winobluszcz wspinający się z ganku na taras i krzewy ligustru przed wejściem.
To wystarczyło, żeby w ostrych plamach marcowego słońca dwór wydał mi się francuską impresją.
Dzisiaj, po pięćdziesięciu latach służenia peerelowskim instytucjom i po kolejnych piętnastu wegetacji pod „opieką” jakiejś nierentownej spółki rolniczej, budynek jest tylko cieniem dawnej świetności. Paradoksalnie, dotychczasowy brak prywatnego właściciela i postępujące zaniedbanie sprawiły, że nikt nie ingerował w oryginalne wykończenie domu – okna pozostały te same, z pięknymi szprosami w półkolu, przypominającymi wskazówki zegara, zostały na piętrze drewniane, spłowiałe niebieskozielone żaluzje zewnętrzne, zachowała się dachówka i splątany gąszcz winobluszczu, zarastający część okien na piętrze. Gdyby jeszcze stary tynk miał tę charakterystyczną dla południa Europy, pastelową barwę brzoskwini albo pnącej róży…
Niestety, dawna weranda – być może ogród zimowy – została zaadaptowana na pomieszczenie mieszkalne chyba – pozostał ślad po zamurowanych drzwiach do ogrodu
i rozebranych schodkach.
A zaraz obok straszą drzwi przerobione z jednego z pięknych okien. Teren wokół dworu porośnięty dzikimi drzewkami, stare założenie parkowe zaniedbane, zaśmiecone.
Furtka przytrzymywana drucikiem, ogrodzenie kończy się na tyłach domu, piwniczne okna stoją otworem, zapraszając wszystkich chętnych – zarówno tych, co kochają stare domy i uwieczniają odchodzące w niebyt miejsca, jak i tych, co łaszczą się na cudze w nadziei szybkiego zarobku – głównie złomiarzy. Można sobie wyobrazić, ile piw można kupić za taki stary, żeliwny kaloryfer na nóżkach. Tak, tak – dwór był najwyraźniej modernizoway jeszcze przed wojną, bo w części pomieszczeń zamiast pieców kaflowych znajdowały się grzejniki – niestety, najwyraźniej część z nich przygotowywana do wywiezienia.
Kiedy ujrzałam wnętrze dworu, natychmiast przypomniała mi się historia opowiedziana przez Fleszarową-Muskat w „Stangrecie jaśnie pani”. Kiedy kończy się wojna i umiera dziedziczka, do pałacu wkraczają sowieci dyszący żądzą odwetu za swoją prostaczą dolę na wszystkich żyjących „pomieszczikach”. Oddają pałac ludowi i dopiero wtedy zaczyna się groteska. Jako pierwsi wprowadzają się dawni dworscy pracownicy, którzy w przeczuciu zmian wcześniej zaklepali sobie apartamenty. Garderobiana wybrałą buduar jaśnie pani, pokojówka – jej gabinet. Miejscowy agitator nowego porządku próbuje odnaleźć się w bibliotece i pokoju myśliwskim. Na to wszystko oburzeni mieszkańcy wsi szturmują pałac i na wyścigi zajmują pierwsze lepsze pomieszczenia. Teraz lud będzie korzystał z tego wszystkiego, co przez lata było przedmiotem zawiści czy nabożnego szacunku – własności ich dziedziczki, ręki, która ich karmiła i wspierała nawet podczas wojny. Szybko okazało się, że taka sala balowa nijak nie da się podzielić na mniejsze lokale,
a kobiety nie mają gdzie ugotować strawy dla zwierząt. Na korytarzach pałacowych śmierdzi gotowanymi obierkami kartofli, podwórzowe psy przywiązane postronkami do drzwi pilnują wejścia do nowych siedzib swoich Państwa, lśniące parkiety wypaczone od wylewających się z balii praczek mydlin. Przez pałacowe okna wystają rury piecyków,
na których rozczarowane nowym kobiety próbują cokolwiek ugotować. W gabinecie jaśnie pani, do którego pokojówka – obecnie robiąca karierę sekretarki w komitecie,
do niedawna niepiśmienna – zaprasza wieczorami znaczniejszych w gminie towarzyszy, stoją złocone krzesełka, połamane przez gości, przyzwyczajonych do zwalania się
na sosnowe ławki na przyzbie.
Ostatecznie oddawano co większe dwory w służbę narodowi jako szkoły, ośrodki zdrowia, biura PGR-ów – bo to ani porządnie ogrzać takie frajcymery, ani dosięgnąć sufitu, żeby zdjąc pajęczyny, a na te okna idą kilometry nowych nylonowych firanek. A jak tu dostosować przydziałowe lokale do nowych norm meldunkowch? W jedej sali musiałoby mieszkać dziesięć osób…
Nasz nadbałtycki dwór podzielił los wielu okolicznych majątków bez dyskusji i roszczeń – po prostu należał do Niemców i po wojnie jako łup wojenny przeszedł automatycznie na własność nowego socjalistycznego państwa.
Nie mam pojęcia, jakie były jego koleje przez dziesięciolecia panowania tego dziwnego ustroju – ale niewielki rozmiar zniszczeń i przeróbek świadczy o tym, że najwyraźniej latami służył tej samej instytucji – Stacji Hodowli Roślin. Wnętrza przebudowano na biuro i kilka mieszkań służbowych -stąd te przerabiane wejścia na tyłach posesji.
Najgorsze z całej tej przemiany były chyba łazienki, wydzielone z innych pomieszczeń, z nieśmiertelnymi lamperiami olejnymi i obskurnymi klozetami w systemie warszawskim, z instalacjami prowadzonymi na ścianach w najmniej oczekiwanych miejscach. W jednym pomieszczeniu zachowały się przedwojenne kafle, w innym – żeliwna wanna
na lwich łapach. W pomieszczeniach przerobionych na kuchenne klitki stoją jeszcze starego typu piece z fajerkami, już powojenne, bo kuchnia przedwojennych właścicieli mieściła się najpradopodobniej w piwnicy.
Jeśli się trochę poczyta literatury tematu i ma wyczulone na detale oko, łatwo sobie odtworzyć w wyobraźni dawne rozplanowanie wnętrz i ich przeznaczenie. Przy założeniu,
że dwór nie był rezydencją arystokracji, tylko siedzibą właścicieli, powiedzmy, kilku majątków wiejskich, można przyjąć, że był tam potrzebny gabinet – coś na kształt kancelarii, w której załatwiwano interesy z rządcami folwarków, z ważniejszymi kupcami. Rozmiary budynku nie pozwalały na urządzenie sali balowej, być może zbędnej w tym oddalonym od większych siedzib ziemiańskich miejscu na krańcu dawnych Prus. Zamiast niej był z pewnością salon połączony amfiladowo z jadalnią, pokojem muzycznym albo biblioteką. Do dziś zachowały się wnęki drzwiowe z ozdobnymi futrynami, zamurowane i przykryte z jednej strony czymś w rodzaju płyty budowlanej. Tak zapewne oddzielono biuro spółdzielni rolniczej od mieszkania jej dyrektora albo jakiegoś ważnego w pegieerze działacza. Samo mieszkanie – nic nadzwyczajnego, dwa olbrzymie pokoje, wąska
i wysoka kuchnia i ciemny przedsionek dobudowanego wejścia, z wydzieloną klaustrofobiczną łazienką oraz szeroki korytarz z wyjściem do głównego hallu. Zastanawia mnie, dlaczego dawniej budowano takie wielkie przedpokoje, halle, sienie – różne nazywane – kwadratowe, nieustawne pomieszczenia z kilkorgiem drzwi we wszystkie strony. Równie dobrze mogłyby być obecnie westybulami hotelowymi, miejsca wystarczy na ladę recepcyjną i kilka foteli pośrodku.
Nie umiem policzyć, ile dokładnie mieszkań wydzielono z pałacowych wnętrz – po stanie pomieszczeń można wywnioskować, że część z nich była opuszczona dużo wcześniej – najwyraźniej po nastaniu kapitalizmu zmieniły się realia, w tym utrzymanie i zatrudnienie w takim miejscu. Wydaje mi się, że centralnie położone pokoje na piętrze mogły być ogólnodostępne – coś na kształt świetlicy. W jednym z pokojów stoją meble z lat 60-tych – fotele na cienkich nóżkach, niska biblioteczka, stary kineskopowy telewizor, tapczany, na które moja babcia mówiła „otomany”. Na półkach książki – głównie o tematyce agrarnej, w kontekście gospodarki socjalistycznej, oczywiście. Ciekawe, ze większość książek ma biblioteczne okładki z szerego papieru i jakieś oznaczenia katalogowe. Wiejska wypożyczalnia dla głodnych wiedzy pracowników spółdzielni? Całkiem możliwe,
bo w biurze na parterze były chyba fiszki biblioteczne w jakiejś skrzyneczce. Skoro już jesteśmy przy biurze – tutaj czas się zatrzymał we wczesnych latach 80-tych, jak sądzę. Chociaż niektóre daty na dokumentach i segregatorach sięgają połowy pierwszej dekady XXI wieku, to wszystkie papiery są wypisywane ręcznie na starych, pożółkłych formularzach. Najwidoczniej cała administracja spółki zarządzającej dawnymi majątkami w okolicy była prowadzona bez użycia komputera. Zupełnie, jakbym przeniosła się
w czasy, kiedy Mama zabierała mnie do swojej pracy i mogłam do woli przerzucać podobne fiszki z tabelkami, zestawieniami, cienki, szeleszczący papier maszynowy
i fioletową kalkę. Pamiętam długie formularze listy płac na sztywnych kartonikach, wypisane równym, pięknym pismem Mamy, hałas kalkulatora wypluwającego zwoje zadrukowanej rolki i zapach kawy parzonej w szklance z koszyczkiem. W szafie pałacowego biura obok dokumentów unasienniania krów o wdzięcznych imionach typu Lalka VI stały pudełka ze starymi, ręcznie malowanymi bombkami. Co jak co, ale w każdej socjalistycznej instytucji na Gwiazdkę musiała być choinka – koniecznie sztuczna, przykryta „opadem” z trudno osiągalnej waty higienicznej…
Na biurkach grube tafle szkła, pod nimi pocztówki, notatki, numery telefonów. Aparat z tarczą zamiast przycisków jak czerwony milczący wykrzyknik tkwi na swoim miejscu.
Przez zakurzone, przesiąknięte nikotyną firanki sączy się poranne słońce, przefiltrowane przez rozpanoszony za oknem winobluszcz. Na ścianach popularne w domach naszych babć druciane kwietniki naścienne, na niektórych zaschnięte rośliny – najwyraźniej podlewane jeszcze dwa-trzy lata temu, skoro się jeszcze nie rozsypały w proch.
Jedyny w tym pomieszczeniu ślad przedwojennej przeszłości to stary piec kaflowy z przecudej urody drzwiczkami – zawsze chciałam jakiejś pięknej duchówce dać nowe życie w moim domu i ubolewam nad myślą, że owo cudo pewnie niedługo powędruje na śmietnik, o ile wcześniej nie wyrwą jej z pieca złomiarze. Szkoda… Podejrzewam,
że dawniej były tu dużo bogatsze piece – świadczą o tym pojedyncze ręcznie formowane gzymsy porzucone na strychu i błękitny piec w „świetlicy”, z nadzwyczajnym medalionem wbudowanym w kafle. Pokój z piecem mógł być, kto wie, pokojem gościnnym albo sypialnią któregoś z dzieci.
Medalion na piecu przedstawia scenkę dziecięcą,a samo pomieszczenie jest dosyć blisko części odgrodzonej przeszklonymi, oryginalnymi drzwiami, która mogła służyć
za mieszkanie wyższej rangą służbie – guwernantce, ochmistrzyni?… Zielony pokój z błękitym piecem ma szczególny klimat – szyby spowite winobluszczem przesączają pasma tajemniczego, zielonkawego światła, półotwarte okno wygląda, jakby ktoś je przed chwilą uchylił, niedbale odsuwając firankę. Gdyby nie gomułkowskie meble,
można by wyobrazić sobie alkowę ówczesnej nastolatki, panienki wychowywanej przez nianie i guwernantki… łóżko z żelaznym wezgłowiem, malowanym na biało, pod oknem zamykany sekretarzyk, komoda, na niej książki i obrazki, bukiet kwiatów z ogrodu za domem…
Za wspomnianymi drzwiami mały hall z przejściem na kuchenną klatkę schodową i wejście na strych. Pokoje mniejsze, niektóre wejścia przebudowane po wojnie,
kiedy dzielono dwór na lokale. Zauważyłam, że każdy „nowy” lokal miał osobne wejście z zewnątrz, jak i wewnętrzne połączenie z hallem górnym lub dolnym. I cyferki namalowane na drzwiach, jak w blokach.
Większość mieszkań musiała zostać opuszczona dość dawno, ale w jednym mieszkano jeszcze chyba 2-3 lata temu. Zostały pojedyncze meble, uschnięte rośliny, firanki
i mnóstwo niespakowanych drobiazgów: jakaś pościel, futerko z nutrii, damskie torebki, dziecięce zabawki, książki, stara korespondencja, naczynia w kuchni.
Jak dużo można wywnioskować z obserwacji pozostawionych przedmiotów – po kwadransie wie się już, jak się ludzie nazywali (listy, pocztówki), że mieli dorastające dziecko (zabawki, dyplomy), że byli wierzący (medalik, sfatygowana książeczka do nabożeństwa), że co niedziela musiało być domowe ciasto (prodiż noszący ślady częstego używania),
że pani domu lubiła być elegancka i być może w wiejskiej hierarchii społecznej zajmowała z mężem wysoką pozycję (futro, pończochy, wieczorowe torebki). Zastanawiające,
że pozostawili tyle przedmiotów – na oko bezwartościowych, ale jednak budujących otoczenie domowe. Czyżby pieczołowicie hodowane przez lata rośliny nie pasowały do nowego lokum? A listy żony do męża? A dewocjonalia? Trochę to przygnębiające, choć nie tak, jak świadomość, że przedwojenni właściciele, jak wielu innych w tych okolic, musieli uciekać, pozostawiając swoje domy i ziemię. Czy można bieg historii usprawiedliwiać tym, że ich rodacy postanowili kiedyś, nie po raz pierwszy zresztą, zagarnąć
dla siebie pół Europy? Gdyby współcześnie – wiem że to niedorzeczność, ale gdyby – nasz rząd wywołał zbrojny konflikt o ziemię z sąsiadami, przegrał go i w wyniku tego zwykli obywatele, niezaangażowani politycznie, musieliby oddać swoje domy, grunty, mieszkania, nierzadko dziedziczone od pokoleń, albo wręcz je porzucić w obawie o własne życie – czy uważalibyśmy to za sprawiedliwość dziejową? Trochę przestaję się dziwić niemieckim wycieczkom, które co roku przyjeżdżają na Pomorze, na Warmię, Mazury – że ludzie chcą zobaczyć miejsce, gdzie urodzili i wychowali się ich przodkowie, a nierzadko oni sami, i stają przed ogromem zniszczeń, przerażeni i bezradni. Nie wszyscy poddali się duchowi nazizmu w tamtych strasznych latach. Co więcej – nie wszyscy czuli się Niemcami, Dla wielu Kaszubów czy Mazurów najważniejsza była przynależność etniczna,
dla wielu potomków „kolonistów” sprzed wieków – dziedzictwo pracy ich przodków. I tej myśli zadedykuję bardzo, bardzo prawdziwy film „Róża” Wojciecha Smarzowskiego.
Chciałabym, żeby każde z tych zdewastowanych miejsc znalazło nowego Anioła Stróża – właścicieli, którzy, jeśli nawet nie odtworzą przeszłego wyglądu, to nie pozwolą zabić ducha takiego miejsca.

Ponieważ zdjęć jest dość dużo, zapraszam do obejrzenia ich w galerii.

2 Responses

  1. Max2
    | Odpowiedz

    Odwiedziłam galerię i wyraziłam swoją opinię o zdjęciach.
    Wiem, że się powtarzam, ale muszę to powiedzieć – bardzo ciekawie i zajmująco piszesz.

  2. Zgadzam się z przedmówczynią … Wszedłem przez przypadek z profilu Eli Skoczeń i podoba mi się będe zagladał…

Leave a Reply