Z rodzinnych stron

with 1 komentarz

Mówi się, że większość ludzi nie dostrzega na co dzień uroków miejsca, w którym się wychowali i mieszkają od lat. Ja nie dostrzegałam nawet wtedy, kiedy przestałam już mieszkać w mojej rodzinnej mieścinie. Szczerze powiedziawszy – trudno jest nazwać Zgierz uroczym miasteczkiem. Mimo to wiele jego zakątków udało mi się „odkryć” na nowo, odkurzyć w pamięci – zwłaszcza teraz, kiedy nauczyłam się patrzeć na otoczenia jakby przez kadr obiektywu. Jeśli do tego sposobu patrzenia na świat dodać upodobanie do miejsc zasnutych patyną czasu i starości – oraz odżywające na widok tych miejsc wspomnienia z dzieciństwa – kilkugodzinne wędrówki po znajomych-nieznanych uliczkach są czystą przyjemnością – lawiną małych wzruszeń po prostu…
Nie spodziewałam się, że trzy dni to zdecydowanie za mało czasu, żeby zobaczyć „inaczej” wszystko, co chciałam znów zobaczyć. Każdego tematu liznęłam po trochu i wyszedł z tego zlepek pozornie nie związanych ze sobą fotek. Piszę: pozornie, bo w mojej pamięci każdy dom, każdy róg budynku i każdy sklep i mostek wiąże się z setkami zwykłych i niezwykłych spraw, które układały się w codzienność mojego dorastania w podłódzkim włókienniczym miasteczku.
Zabawne, jak historia przestawia hierarchię wielkości i ważności wielu miejsc na mapie – kiedy Zgierz jako miasto na bursztynowym szlaku bywał wzmiankowany w trzynastowiecznych aktach, nikt nie miał pojęcia, że za sześćset lat na błotnistych polach kilkanaście kilometrów na południe powstanie osada, która pod koniec XIX wieku przekształci się w europejskie zagłębie włókiennicze, przez wszystkich z szacunkiem zwane „miasto Łódź”. Moja babcia zawsze tak mawiała: „jadę do miasta Łodzi”, albo „on mieszka w mieście Łodzi” – sama urodzona w przedwojennym Zgierzu, mieście tkaczy, fabrykantów niemieckich i żydowskich – chociaż po wojnie pracowała w upaństwowionych zakładach włókienniczych, nigdy nie przestała nazywać tych miejsc tak, jak nauczyła się w dzieciństwie. Główna i najstarsza chyba ulica miasta – w PRL nazwana 17 Stycznia, dla babci cały czas była Długą. Zakłady Fresco, Zeltor czy Walter (oczywiście każdy musiał być imienia jakiegoś zasłużonego komunisty) nazywane były przez babcię po staremu – ktoś tam pracował u Borsta, Posselta, czy Zacherta. Nazwiska, które – choć niewiele znaczyły dla dziecka, którym wtedy byłam – wryły się w pamięć jako mit o wielkich i bogatych fabrykantach, których nikt nie znał, ale wszyscy kiedyś dla nich pracowali. Po latach, świadomie już szukając okruchów historii na dawnym ewangelickim cmentarzu, odczytywałam te nazwiska na nagrobkach, uświadamiając sobie nareszcie, że to nie mit, ale ludzie z krwi i kości, którzy mieli olbrzymi wpływ na życie dawnego Zgierza. Dawali i zabierali pracę, a więc i chleb dla wielodzietnych rodzin, budowali infrastrukturę miasta, nierzadko udało im się tchnąć świeży powiew nowinek technicznych czy kulturalnych ze świata. Dla mniej zamożnych przedsiębiorców, dla których place budowlane w rozwijającej się Łodzi były poza możliwościami inwestycyjnymi, Zgierz był doskonałą alternatywą, tym bardziej, że zamieszkany przez całe pokolenia włókienników. A i ludność z okolicznych wiosek, gdy nie starczało miejsca i chleba w chałupie, ciągnęła do miast w poszukiwaniu zarobku. W czasach, gdy nie znano samochodów, surowce włókiennicze wożono do fabryk i na kolej wozami konnymi. Takim wozem jeździł mój pradziadek, a babcia wraz z rodzeństwem wybiegała wieczorem na rogatki i czekała na ojca, żeby przejechać się ” na lorze”.
Na początku XX wieku uruchomiono linię tramwajową z Łodzi przez Zgierz do Ozorkowa i można było całkiem niedrogo i z fasonem zajechać prawie pod sam dom. W Zgierzu, podobnie jak w Łodzi, spotyka się fragmenty ulic, gdzie tory wmontowane są w jezdnie i samochody jadą za tramwajem. Trasa wciąż jeszcze funkcjonuje, ma coś około 95 przystanków i podobno jest najdłuższą tramwajową linią w Europie. Chodzą słuchy, że jej losy są jednak przesądzone, że niby nierentowna…
Zgierz… zawsze za blisko Łodzi, żeby cokolwiek ciekawego się w nim działo – ani rozrywki, ani sklepów, nie mówiąc o teatrze. Przed wojną centrum kulturalnym był staw w parku miejskim, dzierżawiony przez pana Cylkego, gdzie w sezonie grywała orkiestra, pływało się łódkami na wysepkę, albo przechadzało alejkami. Pan Cylke prowadził też restaurację – scenka zupełnie jak z niedzieli w Radoliszkach (pamiętacie „Znachora”?). A w PRL-u? Ja pamiętam dwa kina, z czego jedno – Włókniarz – w dawnej fabryce Kruschego czy Borsta, ze starymi, drewnianymi, straszliwie trzeszczącymi krzesłami, obitymi czerwonym pluszem i z drewnianymi dechami na podłodze. Drugie kino, znacznie nowocześniejsze, nazywało się Przyjaźń i było miejscem, w którym zgierska młodzież miała jedną z niewielu szansę na lans. Kluczowe było 10 minut przed rozpoczęciem kroniki, gdzie przy zapalonym świetle każdy przeciskał się do swojego krzesła, demonstrując pełnej sali nową fryzurę czy płaszczyk – albo aktualną podrywkę. Zawsze będę pamiętać, jak w wieku 11 lat czekałam w śmierdzącej lizolem toalecie kina Przyjaźń, aż zacznie się „Wejście Smoka”, (dozwolony od lat 12), żeby umknąć przed czujnym wzrokiem kierowniczki kina. Żeby nie było, że tak zupełnie nielegalnie – moja własna matka przemycała mnie z tej toalety na salę kinową. Obie zakochałyśmy się wtedy szalenie w „Brusleju”, jak niektórzy mawiali…
Dzisiaj na miejscu trzeszczących krzeseł Włókniarza funkcjonuje urząd skarbowy, a kino Przyjaźń zmieniło dawno nazwę na Luna – niestety, nie sprawdziłam, czy jeszcze w ogóle działa – w epoce multipleksów…
Skoro już przy rozrywce jesteśmy – miasto zawsze cierpiało na brak lokali – aczkolwiek przeciętni, porządni obywatele chodzili tylko do kawiarni, i to albo na randki, albo z rodziną na niedzielne lody. Restauracje zawsze były podejrzane – w wielkim mieście to się szychy i bananowa młodzież bawiła po lepszych restauracjach, a w takim Zgierzu? Były zakłady gastronomiczne. Na pl. Kilińskiego, przy pętli tramwajowej była Kameralna – mordownia niemiłosierna, buchająca z otwartych drzwi odorem piwa i tytoniu, wspominana dziś jako miejsce, które zdarzało się odwiedzać Edwardowi Stachurze, kiedy ten spotykał się akurat z jedną ze zgierzanek. Z kolei na Starym Rynku (za komuny plac Armii Czerwonej, a jakże) na winklu przy prezydium była Ratuszowa – uuuj!… to był zgierski ekskluzif z zasłoniętymi oknami i striptizem. W żadnym z tych lokali oczywiście nie byłam, zamknięto je chyba jeszcze, jak byłam dzieciakiem.
Ach, zapomniałabym o jedynej i słynnej kawiarni zgierskiej – Mariolce…
Byłam tam raz z koleżanką, wydałyśmy ostatnie kieszonkowe na bitą śmietanę – najlepszą na świecie, jak mi się wtedy zdawało. Latem w Mariolce sprzedawano z okna lody włoskie, czekoladowo-śmietankowe. Dzisiejsze kręcone niech się schowają!
Obecnie miejscem lansu i konsumpcji jest miejscowy McDonald, położony tuż przy krajowej jedynce przecinającej centrum. Przybytek ten, wyjątkowo tłoczny o każdej porze dnia, został ostatnio przebudowany i teraz posiada piętro (jak stwierdził błyskotliwie mój ślubny, teraz na piętrze otworzą McDrive’a)
Zaraz po drugiej stronie ulicy, gdzie dziś Dom Rzemiosł, stała przed wojną piękna synagoga, spalona przez hitlerowców, podobnie jak kościół ewangelicki. Sto metrów dalej przysadzista pałacowa bryła dawnej fabryki Borsta, a może Meyera? – a w niej chiński market odzieżowy z jednej strony a z drugiej Biedronka. A więc i Biedronka weszła na salony przeszłości…
Kiedyś zgierska Starówka była rozpoznawalna dzięki górującej nad każdym innym budynkiem wieży kościoła farnego. Dzisiaj z perspektywy parkingu przy dawnej fabryce Borsta nie wiadomo, co jest dominantą pejzażu – wieża kościoła czy wieża McDonalda…
Zgierz, jak każde prowincjonalne nieco miasto, składał się (i do dziś składa, niestety z wieloma niekorzystnymi przebudowami) z drewnianych, parterowych domów tkackich z poddaszem i sienią na przestrzał oraz z niskich, piętrowych kamieniczek, budowanych głównie przez zamożnych Żydów z przeznaczeniem na wynajem.
W mojej pamięci zawsze zostaną przysadziste domy z drewnianym gankiem, pachnące smołą i jakimś tajemniczym impregnatem do drewna, z których wiele już znikło z mapy miasta – oraz małe, bogato zdobione kamieniczki, z lekko pałacowym zadęciem udające te łódzkie domy fabrykantów. Zadziwiające, że w regionie łódzkim prawie nie używano ceramiki do krycia dachów. Odkąd istnieją fotografie miasta, wszędzie tylko papa, smoła, blacha. Jedynie smukła wieża kościoła Św. Katarzyny pokryta jest częściowo holenderką, w większości jednak zieloną od śniedzi blachą miedzianą.
Nie spodziewałam się, że w centrum miasta wciąż funkcjonują dziesiątki małych, brukowanych podwórek na tyłach owych kamieniczek i domów. Czas się tu zatrzymał – pod płotem ceglane komórki na opał i „wygódki” (choć nie wyobrażam sobie, że są jeszcze mieszkania bez wc w środku), klatki na gołębie, rachityczne rabatki kwiatowe – i oczywiście nieodzowny trzepak.
W bramach i na klatkach schodowych tych kilku niby-pałacyków resztki dawnej świetności, skutecznie zatarte nogami powojennych lokatorów oraz farbą olejną z czasów peerelu. Fasady wciąż jeszcze pozostają areną słownych potyczek pomiędzy pozostającymi w konflikcie światopoglądowym sąsiadów – i tych gnębionych przez komunistyczny reżim, i tych, którym wtedy żyło się jak u Pana Boga za piecem.
A o piecach i świąteczno-gwiazdkowych wspomnieniach – następnym razem…

One Response

  1. stara_zgierzanka
    | Odpowiedz

    Wlasnie wrocilam z poteznym negatywnym ladunkiem emocjonalnym i zdjeciami z tych samych miejsc. Tez zylam w Zgierzu. Chyba jestem rocznikiem Twojej Mamy. Kosmiczna synchronizacja podsunela mi te strony;)

Leave a Reply