Pierwszy

with Brak komentarzy

Dla niektórych powód do stresu – bo trzeba pójść do nowej szkoły, ewentualnie wrócić do starej – problem może dotyczyć osób po obu stronach frontu, że się tak wyrażę
w nazewnictwie batalistycznym, czyli zarówno uczących, jak i uczących SIĘ (nie napiszę „uczonych”, bo niechby kto opacznie mnie zrozumiał :-)))
Skoro o sztuce wojennej mowa – dziś przypada bardzo ważna dla losów całego świata, a naszego kraju w szczególności, rocznica. Ciekawi mnie, czy obecnie świadomość tematu wśród najmłodszego pokolenia uczącego się jest tak samo żywa i umacniana, jak dajmy na to – 20 lat temu, kiedy ścierały się „prawdy” różnych środowisk pedagogicznych.
Są takie szczególne dni, będące naturalnymi lub sztucznymi przedziałami w naszym rocznym rozkładzie jazdy. Czas podsumowania minionych miesięcy i planów na następne.
1 września dla mnie zawsze miał status podobny do pierwszego dnia po świętach wielkanocnych. Zamykał okres tzw. taryfy ulgowej (snu zimowego albo letnich wakacji)
i rozpoczynał sezon wzmożonej aktywności. W zależności od wieku, w jakim przyszło mi się mobilizować do tejże, były to wysiłki intelektualne, towarzyskie, fizyczne (typu fitness lub prace ogrodowe), a przynajmniej sporządzałam liczne plany, tabele wręcz, mające na celu okiełznać mój wrodzony wewnętrzny chaos i potrzebę doświadczenia dziesięciu spraw na raz.
Nie inaczej jest i dziś. W przeczuciu rychłego załamania pogody na następne pół roku i z żalu za długimi jasnymi wieczorami planuję różne prace, spotkania, wyjazdy – wiedząc, że w każdej chwili słota i przejmujący północny wiatr mogą unieruchomić mnie w domu. Będę tęsknić za słońcem, za zdjęciami w plenerze, za sąsiadami krzątającymi się
w ogródkach, za zielenią i zapachami… Nie da się temu zapobiec, nie da się nawet opóźnić – tak jak nie da się utrwalić piękna jesiennej jarzębiny żadnym sprawdzonym sposobem – pozostają wspomnienia fotograficzne.

Z drugiej jednak strony – mam wrażenie, że ta ciemniejsza strona roku działa na rozproszone wśród letnich przyjemności towarzystwo jak magnes na rozsypane szpilki.
Im ciemniej i zimniej, tym chętniej ludzie ciągną do bliskich, ciepłych dusz. Do ognia na kominku, do blasku świec w oknie i do wieczorów pełnych śmiechu, muzyki, dobrej strawy i przyjaznych spojrzeń.
Nie chcę się bać mroku jesieni. Chcę mieć poczucie, że wszyscy jesteście znów w komplecie – jedni w zasięgu wzroku, inni – przynajmniej telefonu. I że czeka nas sezon pełen takich dobrych spotkań – wieczory filmowe, gry, „darcie pierza” koła gospodyń wiejskich albo kolorowe „lejdis najts”. Szykują się okrągłe urodziny (ze dwie co najmniej), jak zwykle Mikołajki Koleczkowskie, a może wreszcie jakieś zimowe ogniska osiedlowe z grzańcem i kuligiem…
Od razu zrobiło mi się cieplej w to ponure, wyziębione popołudnie i zaraz lecę wekować sok z malin, co to mi latoś wielce obrodziły i bez wielkiego słońca nawet owocują. Malina jako owoc bywa lubiana do pewnego stopnia, coś jak kiwi albo oliwki – po dwudziestym zjedzonym owocu robi się cierpko i szorstko na języku. Upewnił mnie w tej prostej zależności starszy z braci P., w naszym malinowym chruśniaku, choć jego prędką kapitulację wzięłam początkowo za objaw stresu przed-szkolnego.

Tym akcentem owocowym
Zamknę sezon wakacyjny,
By otworzyć całkiem nowy,
– oby równie atrakcyjny…

PS. Serdecznie przepraszam przypadkowego czytelnika za te rymy, ale są one niezbitym oraz udokumentowanym dowodem na przebłyski dobrego nastroju,
które zdarzają mi się równie rzadko, jak podwyżka wynagrodzenia.

Leave a Reply