Ojama-shimasu

with Brak komentarzy

Tak powiedziałby Japończyk pukając do Waszego mieszkania albo wchodząc do pokoju – przepraszam, że przeszkadzam …
Trochę z przekory nie będzie dziś dziewiętnastowiecznej architektury Wrocławia ani zdjęć z albumu o 20-leciu międzywojennym w Polsce. Wszystko w swoim czasie…
Chciałabym pokazać wyjątkowy zakątek Wrocławia, niespotykany w innych miastach, chyba że jako własność prywatna, niedostępna dla szarych obywateli.

Kiedy w początkach XX wieku Wrocław szykował się do Wystawy Stulecia, a w ponad stuhektarowym Parku Szczytnickim zaczęto budować Halę Stulecia (dziś jest na liście UNESCO) z pawilonami i pergolami, pewien miłośnik Orientu, hrabia von Hochberg, zafundował sobie i miastu Ogród Japoński. Nad całością projektu czuwał Mankichi Arai, mistrz sztuki ogrodowej z Japonii. Ogród wzbudził sensację na wystawie w 1913 roku. Niestety, po skończonej imprezie panowie zwinęli z ogrodu większość pożyczonych akcesoriów i całość stała się już mniej japońska. No, nie zabrali pagody, która przetrwała, popadając stopniowo w ruinę, aż do powodzi w 1997 roku.
Prawdziwy pech z tą powodzią! Zaledwie rok wcześniej władze miasta poprosiły japońską ambasadę o współpracę w przywróceniu ogrodowi pierwotnego charakteru.
Przez rok trwały prace, ogród otwarto ponownie wiosną ’97, a dwa miesiące później cały ogród znalazł się pod wodą. Na trzy tygodnie.
Po tak długim czasie trzy czwarte roślin nie nadawało się do niczego. Poziom wody sięgał górnej poprzeczki balustrady przy obecnej altance na pomoście. Trzeba było następnych dwóch lat, żeby móc pokazać ludziom efekty pracy polskich i japońskich specjalistów ogrodnictwa.
Dzięki tym ostatnim wszystkie elementy są zgodne z oryginalną japońską sztuką ogrodową.
Każdy z nich ma swoje miejsce i znaczenie, często niedostrzegalne i niezrozumiałe dla nas.
W ogrodach japońskich rośliny są starannie dobierane (pod względem czasu kwitnienia, koloru, kształtu, nawet symbolicznych znaczeń). Ogród ma obrazować panteistyczną harmonię świata.
We wrocławskim ogrodzie znajdują się w nim dwie kaskady wodne: żeńska (onna-daki), spokojnie płynąca dwoma stopniami oraz męska (otoko-daki), o szybko spadającej kurtynie wody . Woda kaskad łączy się w stawie, którego brzegi łączy drewniany most (yumendo-bashi) z altanką wypoczynkową. Oprócz tego utworzono kamienne mostki (ishibashi).
Do ogrodu prowadzą dwie drewniane bramy: główna (sukiya-mon) oraz boczna (kabuki). Przy pawilonie herbacianym (azumaya) oraz przy kaskadzie otoko-daki znajdują się kamienne misy na wodę (tsukubai). Znajdziemy tu oryginalne japońskie latarnie, zrobione z kamienia.
Tyle z ogólnodostępnych źródeł informacji. Ogród japoński nie jest jakimś zabytkiem, którego historię powinno się studiować w przewodnikach. To nawet nie jest miejsce
do zwiedzania. To jest miejsce do podziwiania i wytchnienia. Każdy na swój sposób odbiera wrażenia płynące z kontemplacji takiego miejsca. Przyznam, że japońska sztuka ogrodowa nigdy nie wzbudzała u mnie takich zachwytów, jak wiejskie, rustykalne ogródki zarośnięte kwieciem po pachy albo dyskretnie trzymane w ryzach angielskie ogrody – a jednak mam ogromny szacunek do wysiłków, dzięki którym przebywanie w tak przemyślanym kompozycyjnie krajobrazie niesie spokój i wrażenie harmonii wszystkich elementów.
Detale typowo japońskie: kamienne latarnie, drewniany pawilon, powyginane i przycięte bonsai, sterty ciosanych głazów – w odcięciu od reszty roślinności byłyby dla mnie niestrawne (co zresztą często spotyka się w nowoczesnych centrach handlowych i biznesowych, a nawet na stronach lansiarskich pism
o wnętrzach). Natomiast we wrocławskim ogrodzie na pierwszym planie jest bujna zieleń. Co prawda nie kwitły już rododendrony ani hortensje, ale… kompozycje starych dębów szczytnickich z miłorzębami, klonów palmowych z cisami, wysokich traw z liliowcami i hibiskusem – to naprawdę jest sztuka.
Mogę śmiało powiedzieć, że gdziekolwiek zwróciłabym obiektyw aparatu, wszędzie kadr wydawał się dobrze skomponowany, miły dla oka. Zdjęcia nie są w stanie oddać tej świetlistej mgiełki, jaka drżała w rześkim porannym powietrzu… Gdybym tylko miała możliwość, odwiedziłabym to miejsce jesienią,
kiedy drzewa przywdzieją barwne szaty. Cały Park Szczytnicki będzie wtedy jeszcze piękniejszy – wystarczy wyobrazić sobie te kilometry winobluszczu na Pergoli i Pawilonie Czterech Kopuł…
Ale o Pergoli kiedy indziej. Sayōnara!

A tak wyglądała rozebrana w 1997 roku pagoda:

Zen-garden relaxation music

Leave a Reply