Lipczynek

with Brak komentarzy

Pani w przechlewskim kiosku pod kościołem, zapytana o mapę okolic, ułożyła pomarszczoną, obramowaną wielkimi okularami twarz w wyraz płaczliwy i z lekką pretensją w głosie zawołała „Oj, no nie mam, żadnych mapek nie mam”. Zupełnie jakbym była czterdziestą piątą klientką pytającą o jakiś kosmiczny produkt.
Jej ton głosu sugerował, żeby wszyscy dali jej święty spokój z tymi mapkami.
Hmm… gdzie tu można nabyć mapkę gminnych dróg oraz atrakcji? Jedyny w Przechlewie papierniczy zamknięty, punkt informacji przy domu kultury też, choć to poniedziałek, dzień nieświąteczny…
Cóż, dysponując jedynie maleńką mapką spływów kajakowych Brdą pognałam polami i lasami przed siebie – a właściwie w celu odnalezienia miejsca, gdzie prawie 20 lat temu byłam na wakacjach i nie sądziłam, że jeszcze kiedyś się znajdę w tych pięknych okolicznościach przyrody.
Skręciłam z głównej szosy w kierunku Lipczynka i przez następne dziesięć kilometrów podziwiałam świeżo rozkwitłe piękno Borów Tucholskich, jadąc drogą z jednym tylko asfaltowym pasem.
Dziwna rzecz – jadąc w jedną stronę sądziłam, że po mojej stronie jest to szersze, niewyasfaltowane pobocze i zakładałam, że z powrotem będę jechać swobodniej, po „cały” asfalt będzie po mojej stronie. Tymczasem droga powrotna zadziwiająco zmieniła się, przypominając odbicie w złym lustrze i szersze pobocze znów było jakby po prawej stronie. Hmmm…
Lipczynek zapamiętałam jedynie jako ośrodek wypoczynkowy nad niewielkim jeziorem, schowany głęboko w lesie, z dala od innych siedzib ludzkich. Okazało się, że za zakrętem drogi jest jeszcze osada dwóch, może trzech starych, przedwojennych domostw – chyba musiano tu trudnić się kiedyś leśnictwem albo i tartak prowadzić, bo żadnych pól ani łąk w najbliższej okolicy…
Przy skręcie w leśny utwardzony dukt stoi dalej mały metalowy krzyż z wypisanymi godzinami nabożeństw w najbliższej parafii – nie pamiętam nawet, gdzie ta parafia.
Na miejscu dawnej bramy wjazdowej kilka desek smętnie udających szlaban – ogrodzenia i tak żadnego nie ma. Ale z bocznej dróżki wyjeżdża jakieś auto, więc skręcam w tamtym kierunku i odkrywam wjazd na parking oraz kilka domków letniskowych, najwyraźniej prywatnych i chyba nowszych, bo ich jakoś nie pamiętam. Natomiast pamiętam te szpiczaste chaty dla krasnoludków, tak modne w latach 70 i 80-tych, notabene noszące w budownictwie nazwę: typ Brda. Dziewiętnaście lat temu między sosnami otaczającymi te domki próbowałam nauczyć się sztuki tai-chi i fatalnie mi szło.
Teraz stałam na kamiennej ścieżce prowadzącej z głównego budynku nad jezioro i wszystko wydawało mi się takie MAŁE… I wszystko było niby takie samo, ale pokryte patyną i skurczone ze starości.
Dawne pole namiotowe przypomina zarośnięty placyk przedszkolny, smutne resztki huśtawek rdzewieją i wyginają swoje artretyczne konstrukcje ponad nieskoszoną trawą, karuzela zepchnięta z cokołu zatoczyła się jak pijana i podparła na boku.
Dalej drewniany pomost wychodzący w płytki, piaszczysty brzeg kąpieliska i malutkie molo w kształcie litery T. Wąskie deski poszarzałe i pokryte jakimś zmurszałym nalotem, nie zachęcają do spacerów.
Nieufnie stawiam kroki na skrzypiącej konstrukcji. Brzeg płytki, ale nie mam butów na przebranie, a jak „niedajpanieboże” aparat się zamoczy?
Na krańcach molo te same ławki parkowe, z brakującymi listwami, burobrązowe. W głowie powstaje nagle obraz – sugestywne wspomnienie wieczorów spędzanych na tych ławkach, niechcianych objęć, śmiechu, beztroski i twarzy tych wszystkich młodych ludzi, których już później nie spotkałam – a nade wszystko dziwne wspomnienie strachu przed wodą, prześladującego mnie od dzieciństwa. Pamiętam,
że przesiadywanie na tej ławce jakby zawieszonej nad wodą na drewnianym pomoście było dla mnie podświadomym stresem. Dlatego teraz cofnęłam się z pomostu.
Przysadzisty budynek w wielkim skośnym dachem i nieproporcjonalnym kominem zamknięty na trzy spusty. Niby nienaruszony, niezniszczony, ale taki jakiś – niemodny i zakurzony. W oknach te same firanki. Zaglądam przez okno do jadalni na parterze – te same stoły i krzesła, te same czerwone plastikowe lampy-miski, szczyt marzeń w każdej kuchni w latach 80-tych. Wszystko jakby pozostawione przed chwilą.
A to już dobre kilka, albo kilkanaście lat, jak zamknięto główny budynek. Tak przynajmniej wnioskuję z wypowiedzi starszego człowieka grabiącego zeszłoroczne liście na pozostałościach trawników i klombów. Kiedy w latach 90-tych upadło przedsiębiorstwo, do którego należał ośrodek, przeszedł on na własność gminy, a ta sprzedała kompleks osobie prywatnej ze Szczecina. Nowy właściciel do dziś utrzymuje to miejsce jedynie z dzierżawy domków, budynek hotelowy zaś stoi zamknięty. Domyślam się, że wszystko w środku pozostało – wyposażenie pokoi, jadalni, sal rekreacyjnych i rozrywkowych. Całość nie została zdewastowana i splądrowana, bo jest jakoś tam dozorowana, a poza tym komu by się chciało pofatygować na takie zadupie z jednym pasem ruchu…
Przez szybę recepcji widać te same stare fotele… pamiętam, jak ktoś przywoził nas tu na raty samochodem z człuchowskiego dworca – grupę młodych, zapalonych adeptów studia tańca oraz mnie z parą przyjaciół „na przyczepkę”. Tak moi ówcześni warszawscy znajomi spędzali wakacje – kondycyjny obóz tańca na łonie natury. Pamiętam ponurą salę z drewnianą boazerią i obowiązkową diamentową kulą pod sufitem, w której ekipa codziennie w pocie czoła ćwiczyła układy. Do dziś na dźwięk „Free your mind” widzę grupę z warszawskiej Stodoły ćwiczącą choreografię. Zabawne, że w tamtym okresie z klubem Stodoła związani byli ludzie, którzy dziś robią karierę i wielu z nich nie chce pamiętać o tych początkach. W sekcji tańca znałam wtedy dwóch Marków – Marek Wasążnik, świetny kumpel, prowadził studio tańca współczesnego Flesz, później Spin, wyjechał studiować taniec do USA i został w Niujorku; drugi Marek specjalizował się wtedy w tańcu towarzyskim i nosił egzotyczne nazwisko Egurrola. Mówił mi wtedy, że ma ojca cudzoziemca i na imię Augustin, ale dla wygody przemianował się na Marka. Wystarczyło kilkanaście lat ciężkiej pracy i fartowne zlecenia z telewizji, żeby przestał się wstydzić swojego imienia. Dziś o nim mówią jak o autorytecie w chimerycznym światku tancerzy…
Ech… wróciłam myślami z zadymionej sali bilardowej pod skośnym dachem lipczyńskiego kurortu i odjechałam z tego smutnego, opuszczonego miejsca na końcu świata.
Zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje z tyloma popularnymi i odwiedzanymi dawniej ośrodkami?
Niedawno pokazałam, co zostało z orłowskiego „sanatorium”. Na necie można zobaczyć dziesiątki przykładów ruiny i dawnej świetności, ot choćby Kozubnik na południu Polski, dawny ekskluzywny ośrodek wypoczynku elit partyjnych i ich rodzin.
Myślę, że to nie kwestia przestarzałych budowli, sprzętów – jeśli mury są zadbane i zamieszkane, to wystarczy modernizacja, żeby miejsce znów kwitło. Chyba bardziej chodzi o to, że czasy się zmieniły i mamy dziś inne oczekiwania i rozrywki – bardziej światowe. Niewielu jest chętnych na urlop z dala od atrakcji miejsko-turystycznych, gdzie poza książką, telewizją i netem pozostają tylko spacery, grzybobranie, kąpiel w jeziorze. Nasi rodzice mieli tanie wczasy pracownicze, K.O-wców na turnusie, potańcówki przy ABBIE, dwa kanały telewizyjne i brak uzależnień komputerowych.
I jeszcze, poza kwestią czasu – te kwitnące niegdyś miejsca po zmianach w 89 roku stały się smakowitym kąskiem dla wielu byłych prominentów, którzy przejmowali je za bezcen, jakby to były ich rodowe dobra, po czym nie mieli pomysłu i wystarczających pieniędzy na utrzymanie biznesu.
Szkoda, bo wiele miejsc, pomimo szpetoty peerelowskiej architektury, do dziś urzeka pięknem krajobrazu i spokojem.

En Vogue – Free your mind

Leave a Reply