Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata…

with Brak komentarzy


Tak śpiewali niektórzy spośród naszych przodków, dumnie dzierżąc czerwony sztandar nowego porządku. Szkoda tylko, że potraktowali Międzynarodówkę tak dosłownie, bezmyślnie niszcząc bezcenne pamiątki „burżujskich” czasów.
Myśl ta, szarpnięciem żalu będąca, naszła mnie po raz nie wiem który, akurat przy przeglądaniu zdjęć z sobotniej imprezy w klimatach Polski socjalistycznej. Od razu skojarzyłam te proletariackie maksymy z widokiem wiejskich zdewastowanych dworków, przerabianych w czasach PRL na szkoły, przychodnie, gminne ośrodki zdrowia i świetlice – większość nie doczekała dzisiejszych wspaniałych czasów, gdy wzbogaceni na różnych ważnych interesach kapitaliści, czując się nagle nową polską arystokracją, postanowili kupić sobie kawałek historii, jakiś mniej znany herb i niszczejącą posiadłość, której należy przywrócić świetność. Cóż… zostali jeszcze handlarze meblami i starzyzną, wystawiający na allegro resztki ziemiańskiej świetności, wyciągnięte z jakiegoś kurnika (bo za komuny, panie, to wstyd było takom szafe w domu trzymać, jak w pedecie zapisy na meblościanke byli).
Mogłabym właściwie użyć tytułowych słów w odniesieniu do teraźniejszości, gdzie po dwudziestu latach polskiego nowego kapitalizmu nauczyliśmy się kpić i szydzić ze wszystkiego, co kojarzy się z „tamtymi” czasami. A jednak… są tacy, którzy te straszne czasy wspominają dziś z nostalgią. Jak sądzę, są to głównie Ci, którym nie przyszło do głowy przeciwstawić się absurdom i głupocie dzierżącej władzę. I chyba pojmuję ich sposób postrzegania ówczesnej rzeczywistości: była praca dla wszystkich, była darmowa służba zdrowia, opieka i oświata dla dzieci, pan kierownik pochwalił za 200% normy, dał goździka na Dzień Kobiet i premię co kwartał, a na pochodach pierwszomajowych można było pokazać się przed sąsiadami w nowej bistorowej garsonce. Tanie wczasy i kolonie, zakładowe ośrodki zdrowia, żłobki. Dostęp do osiągnięć kultury i techniki. Mała stabilizacja („…trochę starań i świat jest nasz – powiedzmy tak, za osiem lat, adres w bloku i mały fiat…” śpiewała Iza Trojanowska).
A dziś? Korporacyjna szara codzienność przeciętnego Polaka: pracujemy dla Niemca, Portugalczyka, Anglika i paru innych cudzoziemców, którzy postanowili płacić niższe podatki, inwestując w Polsce. Ci najważniejsi szefowie pracę w naszym kraju traktują jak zesłanie do Ułan Bator, nie zniżając się do tego, żeby próbować porozumieć się w naszym ojczystym języku w stopniu podstawowym. Kto jest w stanie wyobrazić sobie Polaka awansującego na menedżera w jakimś zachodnim kraju, wymagającego od tamtejszych podwładnych mówienia po polsku? Polak mówiący w pracy we własnym kraju wyłącznie po polsku jest jakimś gorszym sortem pracownika. Niektóre mechanizmy korporacyjne jako żywo przypominają totalitaryzm państwowy. Firmy mają swoje misje, wewnętrzne kodeksy, aparaty władzy i propagandy. Prezesi piszą górnolotne odezwy, uzywając takich słów jak „przyświeca nam” albo „szacunek dla pracownika główną wartością”. Tylko że część z nas co dzień drży o jutro, o to czy pracodawca zechce podpisać kolejną umowę, skoro prawo zobowiązuje go do kolejnej umowy na czas nieokreślony (lepiej zwolnić doświadczonego pracownika i zatrudnić świeżynkę na kolejne trzy roczne umowy, bez zobowiązań i sentymentów). Premia? A co to jest? To jest to zero w comiesięcznych wskaźnikach wzrostu sprzedaży? Opieka medyczna – abonamenty na prywatne leczenie albo czekamy do specjalisty trzy kwartały. Zwolnienie lekarskie? Tylko wtedy, kiedy akurat trzeba obniżyć chwilowo średnią zatrudnienia i L-4 jest firmie baaardzo na rękę, podobnie jak urlop. Bo na przykład w sezonie tylko tydzień można wziąć.
I co to za życie – powiedziałby mój dziadek, który po przepracowaniu 30 lat w zakładzie włókienniczym wziął niezłe „chlebowe” i jako zadowolony z życia emeryt chodził dalej na pochody pierwszomajowe.
A co ze zwykłą ludzką godnością? Nieważne, czy w tych, czy w tamtych czasach…
Ech… tak mi się dziś ulało w związku z niepewną przyszłością zawodową niektórych bliskich mi znajomych, w skojarzeniu z peerelowskimi nostalgiami na balu przebierańców. Czy macie pojęcie, że niektórzy z balowiczów mieli autentyczne obuwie tekstylne z tamtych lat – takie sznurowane damskie trzewiki z odkrytą piętą i palcami, jakie widywałam dziecięciem będąc, w przedszkolu u pań kucharek i woźnych?… Był i pochód pierwszomajowy ze stosownymi transparentami i delegacjami różnych branż (Ukochany kraj, umiłowany kraj…), był pociąg przyjaźni (Wars wita was…), był PGR z Koziej Wólki w waciakach i gumofilcach (Disco Kukuła…), ekipa „tradycji” z barejowskiego Misia i w końcu socjalistyczna sekcja artystyczna: Alebabki z rytualnym wręczaniem goździków i rajstop (Przeleć mnie…), Babanowy Song rodem z Opola i nadmorskich dansingów oraz MYYYY!!! Czyli polski rock lat 80-tych – niedola idola PRL (TSA, Republika, Maanam, Dżem – oni też startowali w Jarocinie).
Nad całością czuwała jedyna i niepowtarzalna diva poskiej estrady – Violetta…
Nie będę katować niewyraźnymi snimkami poszczególnych występów – może i pamiątka, ale wartości estetyczne ujęć niewielkie. Więc tylko Trybuna Ludu i jeszcze trochę jarocińskich klimatów.
/Uwaga! Ze względu na obecność Gloni na zdjęciach osoby o słabej samokontroli tudzież z niewydolnością narządu mowy proszone są o odejście od odbiornika. Tfu! Monitora. Laptopa. Whatever…

A w przygotowaniach i przebierankach pomogły nam Wściekłe Psy oraz:
Karolak & Dirty Track – Anarchia

Leave a Reply