Gbur

with Brak komentarzy

Dla większości z Was to epitet. Dla starych Kaszubów – synonim dostatku i pozycji we wsi.
Ale to wcale nie wyklucza z ich wokabularza określenia „nieóbëczajny” w zestawieniu z gburem.

Kilka migawek z pewnej wrześniowej niedzieli w zagrodzie gburskiej w Nadolu.
Brzeg jeziora Żarnowieckiego.
Modne pod koniec XX wieku miejsce wypoczynku dla działkowiczów oraz wędkarzy.
Maleńki skansen ledwie widoczny z drogi. Wszystkiego raptem dwie chałupy, stodoła, warsztat i wozownia, do tego strażacka pompa, wędzarnia, kilka uli i zabytkowa sławojka…
Budyneczki uratowane z pobliskich osad, które przestały istnieć, aby powstać mogła gigantyczna inwestycja peerelu – elektrownia w Żarnowcu.
Jak na wiejską zagrodę przystało, jest tu nawet kot, dokarmiany przez gości, bo personel nie otrzymał dotacji na kocią karmę, a myszy jakoś nie widać.
Jesienny ogródek pyszni się złotem i czerwienią opadłych jabłek, niska ławeczka pod ścianą ma wytarte aż do połysku deski – zapewne czyjaś babcia siadała tu z miską grochu do łuskania – czujesz pod palcami tę gładkość drewna i słoneczne ciepło?…
Starszy pan, oprowadzany po cienistych izbach przez córkę, nie kryje emocji – rozpoznaje takie same sprzęty, jakie były i w jego rodzinnej chałupie, głos mu drży wzruszeniem, gdy rozprawia w niezrozumiałej dla mnie kaszubskiej mowie z panią „kustoszką”…
Są też wnętrza nie takie całkiem stare – choć przedwojenne. Toż identyczne kredensy i naczynia miały nasze własne babcie i prababcie! Kto nie spędził choć jednych wakacji na wsi, gdzie czas biegnie trochę inaczej, a pory dnia wyznacza brzęk blaszanych naczyń, zapach dymu z drewna rozpalanego pod kuchnią, chlupot wody nalewanej do emaliowanej miski stojącej pod makatką „Zimna woda zdrowia doda”…
I pelargonie… te czerwone, duże, gorzko pachnące, takie same, jakie stały za nicianą kołkową firanką na parapecie u mojej prababci Marianny – nawet, gdy już nie mieszkała w małym domku z niskimi okienkami, nawet wtedy nie wyrzekła się pelargonii…

Niebywałym zbiegiem okoliczności (z biegu, rzec można nawet) stałam się wczoraj współświadkiem krótkiego koncertu demonstracyjnego organów. TYCH organów w Katedrze Oliwskiej.
Nie było jakoś wcześniej okazji, więc tym bardziej chciałam tę okoliczność wykorzystać, pamiętając podobną prezentację w Świętej Lipce.
Zastanawiam się, czy może oliwski cenny instrument jest oszczędzany i nie gra pełna parą, czy też moje neuroprzekaźniki wczoraj źle działały. Gdzie te wibrujące dźwięki, elektryzujące każdą synapsę, gdzie te ciary na plecach, intensywne aż do łez?

Hmmm… czasami spodziewamy się fajerwerków, burzy z piorunami i trąby powietrznej, która zmiecie nas z podłogi na kolana w obliczu Sztuki. A tymczasem wychodzi jakieś pitu-pitu, przemielone przez maszynkę…

J.S.Bach – Toccata i fuga d-moll

DODATEK SPECJALNY:
„cichy kochanek” to wynik błyskotliwej serii skojarzeń koleżanki na widok pokrywki w zabytkowej toalecie i ludowego „cichego lokaja” do zdejmowania butów. E voila…

Leave a Reply