Kolorowe jarmarki

with Brak komentarzy

Całe wieki nie byłam na wiejskim odpuście.
Zdarzył się w niedzielę takowy w jednej z kaszubskich wiosek nad Zatoką, przy drodze na Półwysep.
Udało mi się wjechać na główną wiejską arterię przy kościele w momencie jakiejś ważnej czynności liturgicznej – możliwe, że nawet samego „grzechów odpuszczenia”, bo wszyscy na chodnikach
i przy straganach kicali w dziwnych przysiadach i przyklękach – z obawy przed powalaniem świętalnego odziewku, jak mniemam.
Cóż, nie należy szukać wspomnień z peerelowskiego dzieciństwa w dwudziestym pierwszym wieku…
Nie było: waty cukrowej, strzelnicy, koła fortuny z kwiatkami w szkle, srebrnych piłeczek na gumce, tombakowych pierścionków, słomianych kapeluszy, lodów z beczki ani ogórków małosolnych.
Były za to chińskie zabawki z hurtowni typu one dollar oraz cukierki odpustowe udające prawdziwe rarytasy, choćby „migdałki w kakale”. Dlaczego by nie w czekoladzie?
Nabyłam pudrowe cukierki oraz skaczącego włochatego pająka, którego moje koty olały komisyjnie w domu, a także – „musowo” na każdym odpuście – pierzcionek z oczkiem.Co z tego, że chiński rozmiar pasuje na pierwszy staw mojego najmniejszego palca? Świeci się, jak należy…
Nie było blaszanych kogucików, ale za kościołem przy stawiku woził się wyjątkowo piękny pierzasty samiec – żywy…
No i te pańcie bełkoczące w niezrozumiałym dla mnie dialekcie…
Po mszy, jak świat światem i jak wieki wieków amen, większość mieszkańców płci męskiej skierowała swe kroki do baru nad Zatoką, jak onegdaj do karczmy, uczcić ten odpust zupełny grzechów powszednich.
Klimat, mimo wszystko 🙂

/Mimowolnie doznawszy odpuszczenia win, czuję się rozgrzeszona z kiczowatej tematyki zdjęć, za to z retro-filtrem, jak na pierwszych kolorowych odbitkach z Zorki4. Nie mogłam się powstrzymać.

Leave a Reply