Ulotnie…

with Brak komentarzy

Któryś z majowych Ogrodników przyprawił mnie o przeziębienie, jakże niestosowne o tej porze roku. Jednakże perspektywa obfotografowania tego, co zostało po starych zabudowaniach garnizonowych
we Wrzeszczu postawiła mnie chwilowo na nogi. To pierwsza i pewnie ostatnia okazja (dzięki Dżoanie) przed metamorfozą tego miejsca w wielkomiejskie lofty.
Niedzielne popołudnie jest tu ciche, jeśli nie liczyć brzęczenia owadów i przejeżdżających za płotem samochodów. Ciężkie maszyny budowlane przeglądają się opodal w kałużach…
Na nagiej czerwieni starych cegieł kładą się słoneczne plamy, mroczne korytarze niosą echo naszych kroków…
Zegar z pośpiechu pogubił wskazówki i nikt już nie wie, kiedy co się zdarzyło, lub właśnie zdarzy. Oczekiwanie. Kwadransowe deja vu…
Muszę odpocząć, przepędzić choróbsko, przejrzeć kilkaset dzisiejszych zdjęć. Coś wkleić.
Poproszę dziesięć deka wolnego czasu. Proszę otworzyć okno i mnie wypuścić stąd.

/Zieleń wciąż jeszcze intrygująca, podobnie jak nowa fryzura Pe.

Leave a Reply